Pławecki rozbił Czecha, ale nie zdążył go dobić. Rywal liczony aż pięć razy!
Łukasz „Boom Boom” Pławecki wrócił na ring w Czechach i dał pokaz brutalnej skuteczności. Sądeczanin wygrał walkę jednogłośną decyzją sędziów, a jego rywal był liczony aż pięć razy. Nokaut wisiał w powietrzu praktycznie przez cały pojedynek, ale zabrakło czasu, by postawić kropkę nad „i”.
Czytaj również: Wywiad z Łukaszem „Boom Boom” Pławeckim. O nowym etapie klubu Halny i walce w Dębicy
Rywal padał, wstawał i klinczował. Pięć liczeń w jednej walce
Walka zakończyła się wygraną Pławeckiego na punkty, jednak przebieg pojedynku był jednoznaczny. Czech był kilkukrotnie w tarapatach, lądował na deskach i ratował się jak mógł. Jak relacjonuje zawodnik z Nowego Sącza, przeciwnik był liczony pięć razy, ale mimo ogromnych problemów przetrwał. – Walka zakończyła się jednogłośną decyzją sędziów, przeciwnik był liczony aż 5 razy, ale zabrakło czasu, żeby zakończyć tę walkę nokautem – przekazał Łukasz Pławecki.
„Musiałem być czujny do końca”. Warunki fizyczne robiły różnicę
Choć rywal był w kryzysie, Pławecki podkreśla, że nie mógł sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia. Czech dysponował ogromnymi warunkami fizycznymi: 196 cm wzrostu i aż 205 cm zasięgu ramion. To sprawiało, że nawet pod presją mógł wyprowadzić groźny cios. – Musiałem być skoncentrowany i czujny do końca, bo warunki fizyczne rywala pozwalały mu na niebezpieczne ataki do ostatniego gongu – zaznacza zawodnik.
Plan był prosty: mocny start i skracanie dystansu
Pławecki od początku narzucił swoje tempo i realizował założenia taktyczne. Plan zakładał mocne wejście w walkę, skracanie dystansu i rozbijanie rywala presją. Już w drugiej rundzie pojawiło się pierwsze liczenie, a wszystko wyglądało tak, jakby walka miała się zakończyć błyskawicznie. – W drugiej rundzie był liczony pierwszy raz, zapowiadał się koniec walki, ale gong kończący rundę przerwał mój atak – relacjonuje Pławecki. W kolejnych rundach Czech znów trafiał na deski, ale podnosił się i walczył dalej. Zawodnik z Nowego Sącza przyznaje, że rywal nie chciał przegrać przed własną publicznością. – Wstawał, upadał, wstawał, klinczował byle przetrwać i udawało mu się to – dodaje.
Jedną rundę musiał „oddać”, żeby wrócić z ogniem
Pławecki przyznaje, że w trakcie walki musiał na moment obniżyć tempo. Był to świadomy ruch – żeby zachować siły i ponownie wejść w mocny atak. – Jedną rundę musiałem „oddać”, zmniejszając tempo ataków, żeby zebrać siłę na następne – mówi fighter. Choć nie pamięta dokładnie, w których rundach były kolejne liczenia, podkreśla, że plan był realizowany do końca.
„To była trudna walka, ale jestem z niej bardzo zadowolony”
Po walce Pławecki nie ukrywa satysfakcji. Mimo że zabrakło nokautu, pojedynek ocenia jako trudny, ale bardzo udany i ważny w kontekście dalszych startów. – To była trudna walka, ale jestem z niej bardzo zadowolony – podsumował.
Na koniec zawodnik podziękował wszystkim, którzy wspierali go w przygotowaniach i w trakcie wyjazdu. – Dziękuję sponsorowi firmie NITUS, mojemu klubowi HALNY Nowym Sącz, trenerowi Adamowi Wójcikowi oraz każdemu, kto mi dobrze życzy – przekazał Łukasz Pławecki.
Wygrana w Czechach pokazuje jedno: „Boom Boom” nadal ma moc, a jego ringowy styl to czysta presja i polowanie na nokaut. Tym razem rywal przetrwał, ale pięć liczeń mówi wszystko!
Fot.: Archiwum prywatne


